La Muela, Andaluzja

W minioną sobotę wracałem z Włoch. Dzieci spały, a Blanka puszczała nową i zarazem ostatnią płytę Davida Bowiego. Wiecie jak to jest, taki krótki przebłysk sprzed lat, w zupełnie innym miejscu. Nie wiem, czy ten błysk wpoili mi filmowcy lub wszyscy wokoło, a może filmowcy tak mają i skonwertowali to do kina. W każdym razie na sekundę rozświetliło mi się przed oczami i zobaczyłem całą historię o której już prawie zapomniałem.

Do baru w La Muela chodziliśmy pieszo. Był to też jedyny bar w wiosce, a jako że mieli dobrą whisky za jedno Euro i nie było turystów bar bardzo nam się spodobał. Zazwyczaj nawet miejscowych było mało. La Muela nie jest dużą wioską. Więc jak już w barze u Pepeho zeszło się sześciu ludzi było tam praktycznie gwarnie.

Miejscowi w większości popijali wino o nijakim smaku, tłukli szklankami o barowy blat, oglądali telewizję lub nas. Pewnego wieczoru zaczęliśmy rozmawiać z chłopkiem, który siedział przy stole sam. Wyglądał trochę dziwnie, ale raczej wyglądał na zdezorientowanego tym co się dzieje. Jednak chyba nie do końca. A na pewno Pepe nie kumał i starał się zorientować o  czym my tak długo rozmawiamy z tym dziwakiem i gdy zaczęliśmy być głośniejsi, nie wytrzymał, odwrócił się i wrócił do zmywania szklanic z grubego szkła – tych do których miejscowi dolewali sobie wino.

Dziwak zapytał się, skąd jesteśmy. Z Czech. Na to on, że Czechy on zna i że był kiedyś przejazdem, wyciągnął z kieszeni skórzany portfel, a w nim bilet na pociąg Olomouc – Praga. Taki mały z twardego kartonu, który pamiętam z czasów gdy jeździłem do średniej szkoły do Frenštátu – po prostu wieki temu. Już po chwili ten bilet nas połączył i posłuchaliśmy jego historii. Opowiadał nam różne przygody, jak dojechał do La Muely i zdecydował, że tutaj będzie mieszkać. Słuchaliśmy go, uśmiechaliśmy się i zastanawialiśmy, co z tych historii jest prawdą i co go tak bardzo urzekło, że zdecydował się zostać na resztę życia w takiej mega dziurze.

I tak popijaliśmy i opowiadaliśmy historie, śmialiśmy się i w końcu zaczęliśmy śpiewać czeskie ludowe piosenki i to całkiem głośno. Przyjemnie było się powydzierać i gdy Pepe powoli zamykał już bar, wyszliśmy na ulicę. Na sam koniec chlapik, którego imienia już nie pamiętam zaczepił Radka i powiedział, że idziemy wszyscy do niego napić się domowego wina i tak musi być i koniec. No to poszliśmy.

Poszliśmy aż na sam koniec wioski do małego domku o nieregularnych kształtach. Ponownie przekonywaliśmy go, że jutro przyjdziemy, że nie chcemy robić problemu i budzić jego żonę. Tylko machnął ręką, otworzył proste drzwi, na podłogę wewnątrz padło trochę światła z ulicy, wepchnął nas do środka i zatrzasnął drzwi.

Chwilę staliśmy w mroku. Czekaliśmy aż kliknie przełącznikiem i będzie światło. Chcieliśmy zorientować się gdzie właściwie jesteśmy. Wtedy – dźwięk trochę inny niż włącznik światła. Brzmiało to tak jakby szukał gniazdka i włożył wtyczkę przedłużacza waląc w nią ręką. Powoli rozświetliła się lampka i od zera rozkręcał się gramofon. Było słychać jak rozpędza się igła po winylowej płycie i rozbrzmiała muzyka. Do dzisiaj słyszę jak się rozpędza. Rozejrzałem się wokoło ze zdziwieniem.

Zrozumiałem, jak nasz nowy kolega opuszczał dom. Mieszkał sam, miał starą lampę z wielkim abażurem, siadał w starym skórzanym fotelu, słuchał starych utworów Davida Bowiego. Palił. Pewnie potem dynamicznie wstawał, bo na skórzanym fotelu było widać miejsce siedzenia, wyciągał wtyczkę przedłużacza i tak wyłączał muzykę i lampę, a igła gramofonu powoli kończyła grać. Zapadała cisza, jednym ruchem chwytał za klamkę i wychodził na wieczorną ulicę. Drzwi tylko domykał i szedł do baru.

Mogło też być to trochę inaczej. Może to był wariant na damskie odwiedziny, lub może kiedyś był wypadek z prądem, nie chcę być paranoikiem, ale przeszło mi przez myśl, czy to nie było przygotowane.

Dawid Bowie zaśpiewał, zerknąłem na opakowanie płyty. Chciałem się dowiedzieć z którego jest roku. Chłopek przyniósł słoiki po ogórkach i przepraszając, że tutaj nie często ma odwiedziny nalał do nich swoje domowe wino. Nie była to perła wśród win, ale było pełne przyjaźni. Wnętrze  domku wyglądało ciekawie i interesująco. Zapytałem czy mogę zobaczyć drugi pokój. Była to mała kuchnia i jadalnia. Idąc dalej odsłonił mi kurtynę i powiedział, że mogę. Sam wrócił do reszty pić wino, gdzie chłopcy już trzymając się za ramiona i tańczyli wokoło stołu.

Wszedłem dalej. Stół, kuchnia i rozświetlało się światło. Powoli oczy przyzwyczaiły się do oświetlenia i na ścianach wyłaniały się zawieszone postaci z teatru lalkowego. Raczej takiego dziwnego z szalonymi bohaterami. Szukałem wspólnego motywu, połączenia, nazwy producenta, ręki artysty, tematu. Pytań przybywało.

Potem odwróciłem się całkiem w lewo. I tam na mnie czekało. Stary, rozebrany, ale całkiem w dobrej kondycji, myślę, że z roku 1940 – Indian Scout. Legendarny amerykański motor. Skarb dla kolekcjonerów, doskonała lokata dla bogaczy, piękny i tak jakby zapomniany w jadalni. Droższy niż cały dom. Tak jakby ten dom postawili tylko dla niego. Do tego cień lalek na ścianach, muzyka, lampka, gramofon, ulica i tańce przy stole..

Tutaj moje myśli się zatrzymały. Już nie chciałem dalej poznawać. Było już tego za dużo, dużo więcej niż prosiłem. Po prostu wystarczy. Jeszcze przez chwilę wpatrywałem się w motor, coś pomruczałem i wróciłem do stołu napić się wina, skręcić papierosa i zapalić.  Wiem, że właśnie zmierzyłem się w La Mueli z tym, że są rzeczy, których rozumieć nie będę i które są piękniejsze dlatego, że spotykają nas w miejscach, w których zupełnie się ich nie spodziewamy.

W drodze z Włoch słuchając Dawida Bowiego zrozumiałem, że chcę na jesień znowu pojechać do Hiszpanii. Myślę, że będzie to zupełnie inna lokalizacja niż Algodonales, ulotnie inspirująca, przedziwnie ciekawa.

Jeżeli masz ochotę na jesień odwiedzić Hiszpanię z dawką wspólnych  doświadczeń  – zarezerwuj czas na Ekspedycję.

Trzymajcie się.
Dalibor.

Leave a Comment

Máte dotaz?

Zrovna někde lítáme, ale pokud nám chcete zanechat vzkaz, napište nám! :)

0

Start typing and press Enter to search